Żelka – pies ze schroniska

Mróz szczypie mnie w policzki a ja przeskakuję z nogi na nogę. Czy to z ekscytacji czy może z powodu cienkich podeszew zimowych butów przy minus siedemnastu stopniach Celsjusza? Ta liczba siedemnaście będzie już od teraz dla mnie tą szczęśliwą. 17 września brałam ślub, a 17 stycznia dołącza do naszej rodziny urocza suczka ze schroniska.

To wszystko miało być inaczej. Nie ta data, nie to schronisko, ani nie ta płeć. Jednak jakaś dobra siła urządziła to tak, że to nie my wybraliśmy, ale to ona wybrała nas i to dosłownie.

Moja wrażliwość została wystawiona na ciężką próbę. Przechadzaliśmy się pomiędzy boksami, oszczekiwani, a wzrok padał co rusz na wystraszone i podekscytowane zwierzęta. Uszy przypalone papierosami, kulawe, bez oka czy rozedrgane tak, że chowały się za innymi. Serce krzyczało – weź je wszystkie, a rozum studził rozemocjonowanie.

Kilka razy przechodziliśmy tymi samymi ścieżkami, ale dopiero teraz ta mała, zabiedzona psinka z wygolonym podbrzuszem po operacji zwróciła naszą uwagę. Odizolowana od reszty ze względu na świeże szwy, w boksie na przeciwko otwartych drzwi w ten lodowaty, styczniowy dzień. Stanęła na tylnych łapkach opierając się o kraty, lizaniem i mlaskaniem próbowała nas przywołać do siebie. Gdy moja dłoń dotknęła jej trzęsącego się, włochatego ciałka, ogon nie mógł przestać się machać. Jedynym przedmiotem w jej klatce był cienki, kolorowy ręcznik rzucony niedbale na zimne płytki. Po chwili pojawiła się wolontariuszka z miską jedzenia oznajmiając, że akurat pora karmienia. Postawiła ją na ziemi i poszła roznosić pozostałe kolejnym psom. Takiego dylematu w oczach jaki pojawił się u tego małego stworzenia nie zapomnę nigdy. Czy jeść czy zatrzymać nas przy sobie? Podeszła do miski biorąc mały kęs, pośpiesznie przełykając i zwracając się do nas błagalnie, abyśmy nigdzie nie odchodzili. Podchodziła co rusz a to do miski, a to do nas. Już wtedy wiedziałam, że nie odjadę z tego schroniska bez niej. Spojrzałam na mojego męża i widziałam, że myśli dokładnie to samo.

Żelka – tak ją nazwaliśmy. Musiało to być coś słodkiego, a jej umiłowanie do żucia i podgryzania przedmiotów ułatwiło wymyślenie tego imienia. Pojawienie się tej półrocznej, włochatej kundelki w naszym domu kilka lat temu zapoczątkowało niezwykle barwną i ekscytującą przygodę życia w naszej międzygatunkowej rodzinie. Oby trwała jak najdłużej.

Może Ci się spodobać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *