Nie jesteśmy na tej planecie sami. Praktycznie każdy z nas mieszka lub mieszkał z kimś. Są chwile wzlotów i upadków w takiej symbiozie. Zgroza kiedy upadki zaczynają pojawiać się coraz częściej, aż w końcu zamieniają się w bezwolny lot ku samemu piekłu.

Przeprowadzając się do Warszawy w tamtym roku na szybko musiałam znaleźć pokój do wynajęcia. Nie jest to sprawa prosta kiedy mieszka się 300 kilometrów dalej i nie ma jak za  cholerę umawiać się na oględziny tak po prostu. Musi wystarczyć rozmowa telefoniczna i obczajka zdjęć na necie. Po przyjeździe kilkunastominutowe spotkanie i decyzja musi paść tu i teraz!. Bierzesz czy nie bo mam kolejkę chętnych. No dobra, dawaj te klucze. 

Mieszkanie z rodziną bywa mało komfortowe, ale wynajmowanie mieszkania z obcymi ludźmi, których widzimy pierwszy raz na oczy to dopiero jazda bez trzymanki. To jest dopiero sprawdzian swojego charakteru, hartu ducha i magazynowanie ogromnych pokładów cierpliwości. Nawet jak się polubicie to i tak wynikną zgrzyty. Nie jesteśmy idealni i każdy ma swoje grzeszki za uszami.

Przedstawię dwie najczęstsze sytuacje, które stają się przysłowiowym jabłkiem niezgody, z którymi ja się spotkałam. Piszę od razu, szczera rozmowa na temat sytuacji w mieszkaniu to jest pierwszy krok ku zgodzie, ale najczęściej nie okazuje się być ostatnim.

Smrodek Flejtuch Bałaganiarz

W zlewie tworzy się nowy Mount Everest, a może w szafce pod nim nowe formy życia? No cóż, kto w końcu lubi zmywać naczynia, ale ten worek to już można było założyć nowy do kubła na śmieci. W łazience nie lepiej. Włosy łonowe w kabinie prysznicowej a może niespłukanie po sobie w toalecie? Uświadamiam Was właśnie, że takie rzeczy dzieją się naprawdę. To nie Matrix. Flejtuchy są wśród nas i zatruwają skutecznie życie. Takich zachowań najprawdopodobniej nauczyli się w domu rodzinnym i teraz z chęcią przenoszą poza niego. Ale halo! Mamusi nie ma już na horyzoncie i nie będzie biegać za nim ze szmatką w ręce. Czas zderzyć Brudasa z brutalną rzeczywistością. Porządek nie robi się sam.

Jak masz swoje naczynia to jeszcze pół biedy, bo wystarczy je schować u siebie albo zabronić z nich korzystać. W chwili kiedy są wspólne to zaczynają się schody. Najlepiej od razu zaopatrz się we własny zestaw obiadowy a reszta? No cóż.. kiedyś skończą się czyste kubki i będzie musiał zabrać się za sprzątanie. Jeśli smród i krążące wokoło muchy są nie do zniesienia zachęcam do wyrzucania naczyń do kosza lub składowania ich w pokoju delikwenta. W końcu się może zorientuje, że coś jest nie tak.

Kradziciel jedzenia i amator cudzych kosmetyków

Słoiki pełne rarytasów od mamusi targane przez pół Polski trafiają w końcu na Twoją półkę w lodówce. Nareszcie nie będziesz głodować. Starczy na przetrwanie przynajmniej tygodnia. Mina Ci rzednie kiedy następnego dnia nie możesz ich znaleźć w miejscu, w którym je zostawiłeś. Oleju i mąki też jakby mniej. Współlokator bez krępacji informuje, że skończył Ci się żel pod prysznic i dodaje po chwili: kiedy kupujesz nowy? Scenariusz ten sam – zapasy do siebie i kartka z groźbą połamania palców za podkradanie, w widocznym miejscu.

Serio! Mieszkanie razem obnaża najgorsze cechy charakteru. Są dwa wyjścia: albo potulnie zgadzasz się na wszystko, wisi Ci, olewasz temat albo walczysz na być albo nie być w tym mieszkaniu. Albo postawisz na swoim albo zjedzą Cię mole spożywcze podczas snu.

Jeśli ktoś Waszą wspólną przestrzeń doprowadza do ruiny to oznacza, że nie ma szacunku do Ciebie i do każdej rzeczy, która nie jest jego i sam na nią nie zapracował. Od Ciebie zależy czy się na to zgodzisz. Czasami lepiej odpuścić i zamiast kombinować jakby tu nie zabić przypadkiem swojego współlokatora samemu wyfrunąć z tego siedliska spaczonego poczucia estetyki. By żyło się lepiej. Tobie.

Jestem ciekawa jakie Wy mieliście przeprawy z domownikami i jak one się skończyły. Macie jakieś sprawdzone sposoby na bałaganiarzy? Błagam, tylko nie mówcie, że szczera rozmowa.