Jakiś czas temu pisałam o certyfikatach kosmetyków naturalnych, dlatego też temat greenwashingu nasunął mi się sam. Mimo tej tajemniczej nazwy, pewnie każdy z nas natknął się, a może i naciął się nawet na to zjawisko, a nie zdaje sobie z tego sprawy. Samą nazwę wymyślił już w latach 90′ poprzedniego stulecia Jay Westerveld w Stanach Zjednoczonych. Tłumacząc niedosłownie na język polski termin greenwashing oznacza „zielone kłamstwo„, „ekościema” czy  „zielone pranie mózgu„.

Określa działania firm, które mają celowo wprowadzać konsumentów w błąd poprzez reklamę swoich produktów jako ekologiczne czy naturalne, które w rzeczywistości takie nie są. Te działania, jak się okazuje, dotyczą także produktów kosmetycznych. Producenci zauważając nową modę na ekologię i naturę postanowili reklamować swoje wyroby jako kosmetyki naturalne, które tak naprawdę z naturalnością nie mają nic wspólnego. Chodzi jedynie o chwyt marketingowy, który polepszy sprzedaż. Jak zatem rozpoznać działania greenwashingu?

Organizacja TerraChoice opracowała 7 objawów tego zjawiska:

Schowane koszty alternatywne – błędne informacje na temat cech produktu i jego oddziaływania na środowisko

Brak dowodów – brak certyfikatów potwierdzających ekologiczność produktu mimo reklamowania go jako takiego

Brak precyzji – opis produktu jest niejasny i wprowadza w błąd

Brak związku – odwoływanie się  do czegoś co nie ma racji bytu

Mniejsze zło – promowanie np. tylko częściowo szkodliwych substancji

Białe kłamstwo – nielegalne używanie znaków certyfikatów na swoich wyrobach

Kult fałszywych opakowań – fałszywe etykiety czy sugestywne obrazy np. zielony listek na opakowaniu kosmetyku, który nie jest ekologiczny

 

Jeżeli nie chcemy paść ofiarą greenwashingu:

– zawsze sprawdzajmy czy kosmetyk naturalny, który chcemy zakupić posiada prawdziwy certyfikat 

– sprawdzajmy listę INCI jeśli się na tym znamy; jeśli nie, polecam zapoznać się z autorką tego bloga www.kosmetykibeztajemnic.pl

 

Zielony listek na opakowaniu nie zawsze oznacza, że jest on uznanym logiem certyfikatu, a produkt jest ekologiczny. Często nadrukowane znaczki są zwykłymi grafikami nie mającymi nic wspólnego z jakimkolwiek certyfikatem.

Napisy typu „bez SLS”, „nie zawiera parabenów” itp. powinny wzbudzić u nas podejrzenie. Brak tych produktów wcale nie oznacza, że kosmetyki są zdrowsze. Często okazuje się, że zamiast wymienionych substancji jest szereg gorszych zamienników.

Olej mineralny jest produktem naturalnym, ale certyfikaty zabraniają używania go w kosmetykach naturalnych. Jeśli więc produkt reklamuje się jako przyjazny sprawdźcie czy w składzie przypadkiem nie występuje.

 

Jeśli natknęliście się na to zjawisko, napiszcie!